Dyskurs publiczny wypaczył już znaczenie wielu terminów. Nie inaczej jest z tymi z obszaru studiów strategicznych. W ten sposób „wojna hybrydowa” z dość specyficznego rodzaju konfliktu asymetrycznego stała się szerokim spektrum działań na rzecz wywierania presji poniżej progu wojny, zaś „geopolitykę” zaczęto utożsamiać, zamiast po prostu dziedziny wiedzy identyfikującej związki między przestrzenią geograficzną a zachodzącymi na niej procesami politycznymi, z polityką międzynarodową sensu largo (w wymiarze globalnym lub regionalnym). Najwyraźniej podobny proces ma miejsce w odniesieniu do „kultury strategicznej”. To o tyle łatwiejsze, że trudno uznać pojęcie to za jednoznaczne i mocno zakorzenione w dyskursie publicznym (innym niż „branżowy”).
Kultura strategiczna, wg jednej z definicji (których jest bez liku, ale ich istota pozostaje co do zasady podobna) to: „zbiorowe przekonania (idee, wartości), stanowiska i praktyki dotyczące użycia siły, uformowane stopniowo w ramach specyficznych procesów historycznych (podlegają zmianie w wyniku dramatycznych doświadczeń narodu)” (za Kerrym Langhurstem: R. Kuźniar, Polityka i siła. Wstęp do studiów strategicznych, Warszawa 2006, s. 187). Jest więc pojęciem zgoła konstruktywistycznym – odnosi się do tożsamości, norm czy powszechnych (a raczej – intersubiektywnych) przekonań. Jednocześnie może na swój sposób kusić „osoby postronne”, ponieważ, jak zapewne zdążyliśmy się zorientować, częste wykorzystywanie słowa „strategiczny”, utożsamianego z profesjonalizmem, dalekowzrocznością czy wizjonerstwem, jest praktyką powszechną w wielu środowiskach.
Do wspomnianych wyżej reinterpretacji dochodzi najczęściej wówczas, gdy dyskurs ekspercki nakłada się z politycznym. Ten drugi w oczywisty sposób jest głośniejszy, toteż jego „siła rażenia” jest znacząco większa. W przypadku „kultury strategicznej” terminem tym ochoczo posługuje się od pewnego czasu ośrodek prezydencki. W czerwcu w Pałacu Prezydenckim zorganizowano Forum Kultury Strategicznej, stanowiące, jak stwierdzono, „przestrzeń do pogłębionej refleksji nad strategicznymi kierunkami rozwoju państwa w obliczu dynamicznych zmian geopolitycznych, technologicznych i społecznych”. Niedługo później, podczas wystąpienia głowy państwa z okazji Święta Wojska Polskiego usłyszeliśmy z kolei, że: „kulturę strategiczną buduje się przez wieki wokół pewnych symboli, wokół potencjału, ale też pewnych ograniczeń geograficznych. Kulturę strategiczną buduje się ze samoświadomości swojego potencjału, swoich słabości”. Taka jej definicja większych wątpliwości nie budzi (inaczej niż fakt wymienienia jej jako jednego z czynników polskiego zwycięstwa w bitwie warszawskiej w 1920 r. – po dwóch latach istnienia niepodległego państwa, po raz pierwszy stricte narodowego, w innych niż wcześniejsze granicach; czy ewentualne pytania o to, co stało się z nią dwie dekady później), choć takowe pojawiają się nieco dalej. Prezydent zapewnił, że „od roku pracujemy w Pałacu Prezydenckim nad Strategią Bezpieczeństwa Narodowego, a więc nad polską kulturą strategiczną, która zagwarantuje nam bezpieczeństwo”, po czym zwrócił się do szefa MON słowami: „(l)iczę, że niebawem, Panie Premierze, przyjmiemy Strategię Bezpieczeństwa Narodowego i dokumenty wykonawcze do Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, i ustalimy, jak ma wyglądać nasza strategiczna kultura – od infrastruktury dyplomacji, od polskiej demografii do bezpieczeństwa państwa polskiego, do naszej infrastruktury”.
Wprawdzie żyjemy w epoce wielkiego przyspieszenia, ale faktycznie ustalenie podczas spotkania z ministrem obrony, „jak ma wyglądać nasza strategiczna kultura”, którą „buduje się przez wieki”, może się okazać wyzwaniem nie lada. Ktoś mógłby rzec jednak, nie bez racji, że dyskurs polityczny rządzi się swoimi prawami i wymóg terminologicznej precyzji to przejaw skrajnej naiwności. Tym niemniej coraz częściej napotkać można podobne rozumienie tego pojęcia pośród osób w jakiś sposób zajmujących się problematyką studiów strategicznych – od badaczy akademickich, ekspertów i analityków, przez publicystów i dziennikarzy, na „geopolitycznych influencerach” kończąc. Brzmienie jest tu drugorzędne – „przemiany kultury strategicznej”, „adaptacja kultury strategicznej”, „wizje/scenariusze rozwoju kultury strategicznej”, „wypracowywanie kultury strategicznej” i wiele innych bliskoznacznych sformułowań. Wszystkie sprowadzają się wszakże do jednego – założenia, że kultura strategiczna jest zjawiskiem podległym woli (państwa, decydenta itp.), możliwym do kształtowania zgodnie z nią w stosunkowo krótkiej perspektywie czasowej.
Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że głosy te odnoszą się niezmiennie do pojęcia „strategii”, czyli sztuki planowego i uporządkowanego wykorzystania siły (dziś już nie tylko zbrojnej i niekoniecznie w sposób w kogokolwiek bezpośrednio wymierzony) do realizacji celów politycznych. Jest to bowiem przede wszystkim idea, koncepcja, zaś wszelkie dokumenty zwane „Strategiami” (gdzie słowo to jest zwykle zapisywane wielką literą) czy „koncepcjami strategicznymi” stanowią jedynie jej materializację, „przelanie na papier”. Ważniejsze jest zatem, aby państwo posiadało odpowiednią „strategię”, niezależnie od „Strategii” jako dokumentów, z których w praktyce może ostatecznie wynikać mniej lub więcej. Dynamicznie zmieniająca się i niespokojna sytuacja międzynarodowa wymaga bowiem przede wszystkim wysiłków o charakterze koncepcyjnym.
W dodatku relacja między „strategią” a „kulturą strategiczną” nie musi być symbiotyczna. Aktualna i rozsądna strategia może bowiem napotkać niemałe przeszkody w wyniku pewnych przyzwyczajeń, które wpisalibyśmy w zakres pojęciowy „kultury strategicznej”. Rzeczywistość dostarcza ważkich przykładów. Niemcy, mimo ogłoszenia Zeitenwende i zapowiedzi odbudowy utraconych zdolności obronnych, mają z realizacją tych postulatów niemałe problemy, do czego dochodzą reminiscencje dawnej współpracy z Rosją (umiejętnie podsycane przez przodującą w sondażach Alternatywę dla Niemiec). Z drugiej strony, zapowiedzi amerykańskiego izolacjonizmu z pamiętnej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego z 2025 r. (którego elementem miała być m.in. bardziej transakcyjna, pozbawiona bezpośredniego zaangażowania polityka wobec Bliskiego Wschodu) przetrwały niecały kwartał, a rozpoczęta 28 lutego br. wojna z Iranem raczej wymusza na Waszyngtonie szeroko zakrojoną aktywność międzynarodową – od zabezpieczenia szlaków handlowych po stabilizację rynku energii – niż pozwala skupić się na rozwiązywaniu problemów wewnątrz kraju (te pod wpływem interwencji jedynie pogłębiły się). W obu przypadkach utrwalone wzorce postępowania biorą więc górę nad bliżej dostosowanymi do bieżącej sytuacji planami politycznymi – kultura strategiczna stawia strategiom pewne bariery.
Osobną kwestią jest, czy w ogóle możemy w przypadku polskim mówić o spójnej i utrwalonej kulturze strategicznej. To osobne pytanie wymagające długiej dyskusji. Być może kultura ta jest dopiero in statu nascendi, ale o jej kształcie politycy mogą decydować jedynie pośrednio. Tym niemniej wszelkie próby jej „rozwijania”, „ustalania”, „adaptowania” itp. przywodzą na myśl tworzenie „nowych świeckich tradycji” w „Misiu” Stanisława Barei. Ewentualne rezultaty tych starań także nie stałyby się raczej niczym więcej niż „misiem na miarę naszych możliwości”.
Piotr Śledź,
Uniwersytet Warszawski