Głośny film Wojciecha Smarzowskiego, do którego nawiązuje tytuł, rozbudził w naszym kraju debatę o zjawisku przemocy domowej, poszerzając jednocześnie społeczną świadomość problemu i właściwych mu mechanizmów. Kilka tygodni później światło dzienne ujrzała najnowsza Strategia Bezpieczeństwa Narodowego Stanów Zjednoczonych, sygnowana przez prezydenta Donalda Trumpa. Dokument wzbudził wiele debat i kontrowersji dotyczących samookreślenia globalnej roli USA, ich specyficznego stosunku do państw-challengerów (jak Chiny i Rosja) czy koncentracji na biznesowych aspektach relacji międzynarodowych. Nie inaczej było w kontekście stosunków z Europą. Po wielu dekadach partnerstwa, nawet jeśli momentami trudnego, wizja obecnej administracji wskazuje na zerwanie tej ciągłości. A nowy kształt owego „partnerstwa” przejawiałby coraz więcej cech relacji toksycznej, przemocowej, charakterystycznych właśnie dla osób stosujących przemoc wobec bliskich.
Na wstępnie podkreślić trzeba, że poniższe zestawienie ma wyłącznie charakter figury retorycznej. W żaden sposób nie należy bowiem trywializować dramatu ofiar przemocy domowej, którym należy się solidarność i pełne wsparcie.
Katalog takich cech można wprawdzie rozszerzać, jednak warto skupić się na czterech, które uwidoczniają się w treści przedmiotowej strategii najmocniej.
Po pierwsze, gaslighting. Szeroko rozumiane manipulowanie ofiarą przez sugerowanie jej nieistniejących stanów faktycznych; zmuszanie do uznania własnej słabości („coś jest z tobą nie tak”). Może obejmować m.in. ciągłe jej wmawianie, że to ona sama jest problemem, a przemoc zawsze jest sprowokowana jej zachowaniem (victim blaming). Trumpistowska Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA kreśli obraz Europy jako kontynentu pogrążonego w permanentnym kryzysie gospodarczym, przeregulowanego, gdzie tłamsi się wolność słowa i sumienia oraz tożsamość narodową, prześladuje opozycję, wywołuje spadki współczynników urodzeń (w zamian przyjmując coraz większe liczby imigrantów), a władze państw w zasadzie nie posiadają demokratycznej legitymacji. Rezultatem ma być „brak pewności siebie” Europy, a długofalowo – groźba jej „cywilizacyjnego przekreślenia” czy też „wymazania” (erasure). Ten zmanipulowany, w ogromnej mierze fałszywy obraz, ukazujący ją wyłącznie jako kłębowisko problemów służy przede wszystkim zasygnalizowaniu niższości wobec USA – już nawet nie w roli junior partnera, ale wręcz wasala, o samodzielności mniejszej niż w czasach zimnowojennych. Próby budowania jej autonomii, przede wszystkim na forum UE, są jednak traktowane jako niepożądane, a przy tym złe dla niej samej. I nie jest to wyłącznie czcze gadanie, wszak w wielu państwach UE nie brakuje środowisk politycznych, które w imię partykularnego interesu (nie państwa, ale partyjnego czy wręcz osobistego), chętnie w taką relację zależności wejdą.
Po drugie, paternalizm. „Lepiej od ciebie wiem, co dla ciebie dobre”. Nie jest to wprawdzie w tej relacji element w pełni nowy, ale na paradoks zakrawa współistnienie „trumpowskiego uzupełnienia do doktryny Monroe” (oznaczającej oryginalnie przecież brak zaangażowania USA w sprawy europejskie, w zamian za nieingerowanie przez państwa Starego Kontynentu w problemy zachodniej hemisfery) i formułowanie tak daleko idących sugestii ingerencji w politykę Europy. Dotyczy to zarówno jej relacji zewnętrznych, jak i pożądanego stanu rzeczy w polityce samych tych państw. USA postulują jak najszybsze doprowadzenie do zawieszenia broni w Ukrainie (o jego warunkach dokument milczy), tłumacząc to m.in. koniecznością „ustabilizowania gospodarek państw europejskich”. Waszyngton ma przez swoje dyplomatyczne zaangażowanie „zarządzać” relacjami na linii Europa-Rosja, po to aby m.in. uniknąć eskalacji konfliktu między nimi (co oznacza zapewne założenie, że „niepewne siebie” państwa europejskie do niego nieuchronnie prą). Z drugiej strony, USA oczekują od nich pełnej lojalności w relacjach, zwłaszcza handlowych, z Chinami. Zdradzają też swoją wizję funkcjonowania samej Europy – bez UE (potraktowanej jako problem Europy sam w sobie), za to rządzonej przez „partie patriotyczne”, złożone z „politycznych sprzymierzeńców” USA. Trudno interpretować to inaczej, w świetle pewnych faktów, które miały już w tym roku miejsce, niż jako zapowiedź ingerencji w procesy wyborcze na korzyść ugrupowań bliskich ruchowi MAGA. Następstwem politycznych wpływów będzie w tej wizji „otwarcie europejskich rynków na dobra i usługi z USA oraz zapewnienie uczciwego traktowania amerykańskiego rolnictwa i biznesu”. Jasne już więc zatem, dlaczego „obecna trajektoria” spraw kontynentu, w oparciu o aktywność UE, jest po drugiej stronie Atlantyku niepożądana. Choć motyw rozbijania przez USA europejskiej jedności, aby móc wpływać na jej sprawy przez porozumienia dwustronne z poszczególnymi państwami, ma już bardzo długą historię, to jednak omawiany dokument po raz pierwszy podnosi podobne praktyki do rangi oficjalnie przyjętej linii politycznej.
Po trzecie, wykorzystanie zależności materialnej. W przypadku toksycznej relacji oznacza to przemoc ekonomiczną. Dekady celowego utrzymywania Europy przez USA w stanie „strategicznej niedojrzałości”, rozszerzania sieci wpływów politycznych i gospodarczych na kontynencie w zamian za pełnienie funkcji gwaranta bezpieczeństwa miałyby skończyć się, jak poinformowała agencja Reuters w dniu ogłoszenia rzeczonej strategii, w 2027 r. przejęciem przez państwa europejskie odpowiedzialności za większość konwencjonalnego potencjału NATO (pod groźbą zawieszenia udziału Waszyngtonu w części sojuszniczych mechanizmów). To kolejne, w praktyce nierealistyczne w tak krótkim okresie, wymaganie czy wręcz ultimatum – po tym dotyczącym przeznaczania 5% PKB na obronność. Nawet jeśli z perspektywy europejskiej nie sposób odmówić temu postulatowi pewnej słuszności (choć można powątpiewać, czy retoryka ta oddaje faktyczne intencje USA, będąc raczej niczym więcej niż tylko pretekstem do „poluzowania” relacji z Europą), w kontekście wojny w Ukrainie i jej skutków, a także rosyjskich działań „poniżej progu wojny” wobec części państw europejskich można odczytywać go jako element wywarcia przez USA presji. Postulaty części państw europejskich, sprowadzające się w istocie do przywrócenia status quo ante bellum i przestrzegania podstawowych zasad stosunków międzynarodowych w myśl art. 2 Karty Narodów Zjednoczonych (nieużycia siły przeciwko integralności terytorialnej lub niepodległości, nieingerencji w sprawy wewnętrzne itd.), zostały w strategii uznane za „nierealistyczne oczekiwania”. Przypomnijmy zresztą, że przed zeszłorocznymi wyborami Donaldowi Trumpowi wyrwało się (?), że zachęcałby Rosję do ataku na państwa, które nie wypełniają zobowiązań w zakresie nakładów obronnych. Co jest więc pożądane? Prawdopodobnie to, aby „zdrowe narody środkowej, wschodniej i zachodniej Europy” (kolejność zapewne nieprzypadkowa) kupowały amerykańską broń w ramach „bycia wzmacnianymi” (building up) przez USA. Ergo, dalsze podporządkowanie i – w praktyce – pogłębienie zależności (na mniej partnerskich niż dotąd zasadach).
Po czwarte, manipulowanie, wprowadzanie w błąd, dezinformowanie. Donald Trump i reszta prezydenckiej administracji, a także sprzymierzeni z nią oligarchowie (z Elonem Muskiem na czele) szafują argumentem wolności słowa, rzekomo ograniczanej w Europie. Nie sposób nie interpretować tego przez pryzmat utrzymania i zabezpieczenia wpływów największych amerykańskich platform społecznościowych. Antyunijna krucjata Muska w social mediach sprzed kilku dni została poprzedzona nałożeniem na platformę X przez Komisję Europejską kary 120 mln Euro za nieprzestrzeganie przepisów Aktu o Usługach Cyfrowych. Każda wzmianka o planach nałożenia podatku cyfrowego (m.in. ze strony polskiego rządu) spotyka się z wrogimi reakcjami USA i ich przedstawicieli dyplomatycznych. Ograniczenie przez X i Metę zakresu moderacji nie tylko obniżyło ich koszty stałe, ale także umożliwiło dezinformowanie na większą niż dotychczas skalę. W kontekście potencjału wpływania na kampanie wyborcze stanowią one zasób nie do pogardzenia. A tak się składa, że jako najbardziej rzekomo represjonowane przywołuje się poglądy bliskie europejskim sojusznikom Trumpa. Przykład empiryczny stanowi tu Brazylia – sędzia tamtejszego sądu najwyższego, Alexandre de Moraes, który w zeszłym roku prowadził sprawę zmierzającą do zablokowania platformy X w tym kraju, a kilka miesięcy temu doprowadził do skazania sprzymierzonego z Trumpem byłego prezydenta Jaira Bolsonaro za przygotowywanie zamachu stanu (chodzi o szturm jego zwolenników na siedziby instytucji państwowych w Brasilii 8 stycznia 2023 r.), został przez USA obłożony sankcjami personalnymi z tytułu tzw. Magnitsky Act (przewidzianymi dla osób odpowiedzialnych za naruszenia praw człowieka i czyny korupcyjne). Chodzi więc zatem o pogłębienie wpływów politycznych i biznesowych przy pomocy tego instrumentarium, a w rezultacie – po raz kolejny – dalsze pogłębienie transatlantyckiej zależności.
Oczywiście trudno w relacjach międzynarodowych (także transatlantyckich) spodziewać się autentycznego altruizmu, a asymetria potencjałów (choć w wielu obszarach mniejsza niż oczekiwana) przez dekady warunkowała politykę USA wobec Europy zgodnie z interesem tych pierwszych, niemniej droga pomiędzy naturalnymi rozbieżnościami politycznymi a coraz bardziej otwarcie manifestowaną pogardą i podejmowaniem inicjatyw jawnie wymierzonych w europejskie interesy okazuje się stosunkowo krótka. Na ile jest to osobliwość obecnych władz USA, a na ile nowa rzeczywistość ery power politics, dowiemy się nie wcześniej niż w 2029 r.
Piotr Śledź,
Uniwersytet Warszawski